OJCIEC UCZYŁ MNIE ROZEZNAWAĆ…

Był rok 1978, na Kopiej Górce w Krościenku n/Dunajcem, w ośrodku oazowym odbywał się kurs KODA. Brałam w nim udział jako przyszła animatorka oazowa. W kaplicy Chrystusa Sługi, na modlitwie doświadczyłam niezwykłego spotkania z Nim i wówczas dojrzała we mnie myśl o wstąpieniu do zakonu.

 

Tak też się stało. Z podjętej drogi życia zakonnego byłam zadowolona, jednak czegoś mi ciągle brakowało. Odczuwałam często niepewność. Gasła we mnie radość życia i posługiwania, a nie wiedziałam, skąd biorą się we mnie takie stany i uczucia. Właśnie w takim momencie życia poznałam o. Józefa Kozłowskiego SJ. Został  moim kierownikiem duchowym i pomagał mi pewniej kroczyć po drodze życia zakonnego. Uczył mnie również rozeznawania stanów ducha i tego, co dzieje się w moim sercu, a także podejmowania decyzji.

Podczas II Tygodnia ĆD, który przezywałam w Wolborzu, rozważałam sprawę mojego zaangażowania w apostolstwo. Wiązało się to ze współpracą z pewną fundacją, którą założył jeden z księży pallotynów. W medytacji zobaczyłam coś bardzo pięknego, co mnie pociągało, ale gdy zbliżyłam się do tej pięknej rzeczy – ogarniał mnie niepokój. Podczas rozmowy z o. Józefem na ten temat, usłyszałam wypowiedziane z serdeczną troską słowa: „Po co ci to? Zobacz, co stało się z tą i tą fundacją (i wymienił znane mi przykłady) – nie jest to dobre dla ciebie”. Zrozumiałam, że propozycja ta przychodziła pod pozorem dobra i nie podjęłam jej. Dziś, z perspektywy kilkunastu lat i tego, co stało się z tą fundacją, a także jak potoczyło się życie wspomnianego kapłana – wiem, że była to dobra decyzja…

Zawsze poruszała mnie wiara o. Józefa w rzeczywistą obecność Pana Jezusa w Najświętszym Sakramencie.

Wielokrotnie  brałam udział w rekolekcjach, sesjach czy Mszach z modlitwą o uzdrowienie, i zawsze podczas Mszy sprawowanych przez o. Józefa widziałam to samo: jego rozpromienioną twarz, z której biła radość, jego głęboki szacunek i wiarę, że Jezus jest pośród nas. Gdy podnosił świętą Hostię – podczas przeistoczenia „coś” się działo pomiędzy Panem przychodzącym na ołtarz a tym kapłanem, który udzielał Panu Jezusowi swoich rąk i swego głosu. Zalegała wtedy cisza, pełna adoracji, a po niej spontanicznie rozlegał się śpiew: „Jezus  jest tu…”.

Te Msze św. były dla mnie zawsze głębokim przeżyciem i choć codziennie uczestniczę w Eucharystii, głębokie jej przeżywanie zdarzało się tylko podczas Mszy św. sprawowanych przez o. Józefa Kozłowskiego. Ojciec nie tylko sprowadzał Pana Jezusa na ołtarz – widać było, że Pan Jezus był w o. Józefie, a on w Panu. Wtedy rodziła się głęboka radość i miłość wobec Pana, która udzielała się także uczestnikom eucharystycznej Ofiary sprawowanej przez tego kapłana. W czasie tych Eucharystii niejako „zamierał” on w obecności Bożej i wsłuchiwał się w głos Pana. Głęboka wiara o. Józefa i jego zjednoczenie z Chrystusem wywierały na mnie wpływ i pozostawiały na długo ślad, w postaci coraz większego szacunku dla Pana Jezusa w Eucharystii, a także większej miłości, wiary i szacunku do kapłaństwa. Żadne inne spotkanie z o. Józefem – czy to podczas spowiedzi, kierownictwa duchowego, czy w innych okolicznościach – nie wywierało na mnie takiego wpływu, jak każda Msza odprawiana przez niego.

Podczas jednego z koncertów ewangelizacyjnych, o. Józef  wypowiedział takie słowa: „Ten, którego szukamy, jest w nas. Tu jest tajemnica spotkania…”

Zapamiętałam je i często zastanawiałam się nad nimi. Stanowiły dla mnie pewną zagadkę, której nie umiałam rozwiązać. I choć wiedziałam, że dotyczą mojego życia – nie wiedziałam: o jakie spotkanie tu chodzi? To prawda, że odczuwałam tęsknotę, ale jakiego spotkania oczekiwałam: ze sobą? z Bogiem? Klasztor jest miejscem, gdzie wiele czasu poświęca się na modlitwę wspólnotową i osobistą, więc o tę osobistą relację z Panem starałam się każdego dnia. Ważne też były dla mnie relacje we wspólnocie. Ale tęsknota wciąż rosła, a czasem paliła jak nieugaszony ogień…

W osobie o. Józefa Pan Bóg dał mi cierpliwego spowiednika i kierownika duchowego, z wyrozumiałością towarzyszącego moim zmaganiom. W październiku 2002 r., gdy po zakończonych warsztatach muzycznych spotkałam się z Ojcem, powiedział do mnie: „Potrzeba otwarcia się na Miłość”. Zapytałam, nieco zdziwiona : „Czyjego – mojego?”, byłam bowiem przekonana, że wszystko, co czynię, staram się wypełniać z miłością. Ojciec widział jednak prawdziwą tęsknotę mojego serca – widział dalej i głębiej. Nic nie odpowiedział, położył tylko na moim czole swoją ciepłą dłoń i pobłogosławił mnie. Było to nasze ostatnie spotkanie z (o czym wtedy nie wiedziałam).

Jego śmierć była dla mnie dużym przeżyciem. Zrodziło się poczucie osamotnienia, mimo że ojciec „zostawił mnie” w rękach innego cierpliwego kapłana.

Ponieważ nie rozumiałam tej tęsknoty i nie wiedziałam, co we mnie się dzieje, towarzyszyło mi cierpienie z tego powodu. Chciałam jak najszybciej uporać się z tym niewygodnym dla mnie doświadczeniem. Zdaje się jednak, że Pan Bóg miał na myśli raczej drogę cierpliwego i stopniowego poznawania prawdy, rozłożoną na wiele lat.

W zeszłym roku Ośrodek Odnowy w Duchu Świętym w Łodzi zaproponował formację duchową „Śladami Ojca”. Mijało właśnie 10 lat od śmierci o. Józefa i propozycja ta wydała mi się bardzo trafna. Podjęłam ją indywidualnie, ponieważ w pobliżu nie było takiej wspólnoty charyzmatycznej, która by tę formację podejmowała. Podczas modlitwy o uzdrowienie, a także o chrzest w Duchu Świętym – doświadczyłam realnej obecności Boga Ojca, który pochylał się nade mną z wielką i czułą miłością, trzymając w swoich ramionach. Ogarnęła mnie nieopisana radość! Spotkanie to zmieniło mój stosunek do Boga jako mojego Taty – co więcej, prowadziło do odkrywania prawdy tak, jak gdyby ktoś przewracał stronice mojego życia, a na każdej stronie pojawiał się nowy wątek.

Wiedziałam już, że w moim życiu były dwie tęsknoty – jedna za spotkaniem z Bogiem Ojcem, druga za spotkaniem z sobą samą.

W październiku brałam udział w Forum Charyzmatycznym w Łodzi, zatytułowanym „Ojciec”. Tam otrzymałam kolejną niespodziankę – dar spotkania z Ojcem, który na mnie czeka. Wydarzyło się to podczas  modlitwy uwielbienia i prowadzonej medytacji. Gdy znalazłam się w objęciach tęskniącego za mną Taty, a w oddali zobaczyłam piękny i jasny dom, tonący w kwitnących akacjowych drzewach – ogarnął mnie pokój serca i pewność, że moim prawdziwym domem jest bezpieczny dom Ojca w niebie.

Wyjeżdżając z Forum, miałam jeszcze przed sobą perspektywę rekolekcji ignacjańskich i wyjazd na nowe miejsce posługi do Warszawy. Kilkuletnie zmagania z chorobą fizyczną doprowadziły mnie do sytuacji bezradności – i w takiej sytuacji znalazłam się w Gdyni na rekolekcjach u oo. jezuitów.

Wchodząc w rozważania rekolekcyjne, zatrzymałam się nad parafrazą słów z Psalmu 46: „Bądźcie spokojni, a poznacie, że jestem Bogiem”. W tej sytuacji całkowicie zdałam się na działanie i łaskę Pana. Wiedziałam, że On sam poprowadzi mnie poprzez te rekolekcje.

Kolejne medytacje i rozważania odkrywały prawdę o mnie samej, a Pan obdarzał pokojem i pewnością swej obecności. Podczas jednej z medytacji przypomniał mi się obraz z dzieciństwa – gdy wraz z braćmi biegliśmy do nadmorskiego lasu, wykopywaliśmy tam rękoma doły w piasku i wyjmowaliśmy z nich kawałki bursztynów. Nasz skarb zanosiliśmy do domu, wkładaliśmy do puszki, zamykając ją szczelnie aż do następnej wyprawy. Puszka stała długo na kuchennej półce. Podczas rozmowy w kierownictwie duchowym, kapłan, który towarzyszył mi w rekolekcjach, nieoczekiwanie zapytał:

„Siostro, co zamknęłaś w tej puszce? Jaki skarb? Może to twoje życie?”

Pytania te poruszyły mnie głęboko. W pamięci powróciło wydarzenie, które miało miejsce wiele lat wcześniej. Podczas peregrynacji obrazu Matki Bożej Częstochowskiej w miejscowości zamieszkania moich dziadków – w czasie przygotowań na Jej powitanie doświadczyłam zranienia od osoby, po której nigdy bym się tego nie spodziewała. Bardzo to przeżyłam… A ponieważ nie chciałam, by rodzice cierpieli z tego powodu, nikomu o tym nie powiedziałam. Zamknęłam się jednak w sobie i obwiniałam za to wydarzenie samą siebie – przez długie 40 lat odrzucając tym samym swoje życie, a także miłość Boga do mnie. Na tych rekolekcjach runęła bariera oddzielająca mnie od Jego Miłości! Pojednałam się też sama ze sobą. Doświadczyłam jeszcze bardziej czułości dobrego Boga Ojca i otrzymałam nowe życie.

I tak dokonało się to spotkanie, które 10 lat wcześniej „zapowiedział” o. Józef.

Chwała Panu!

s. M. Marta Kryńska SAC