UCZYŁ NAS SŁUŻYĆ INNYM

Pewnego dnia rano próbowałam iść do spowiedzi w moim kościele parafialnym. Był zamknięty, więc wsiadłam w tramwaj i pojechałam do jezuitów. Była już dziesiąta, dawno po Mszy porannej, więc ani kościół nie powinien być otwarty, ani ksiądz nie powinien stać na schodach. A tu stał – z wyciągniętą ręką, i powiedział: „Czekałem na ciebie”. To był o. Józef Kozłowski. Dziś już nie pamiętam, czy ta spowiedź się odbyła, ale ojciec zaprosił mnie na spotkanie modlitewne grupy Odnowy w Duchu Świętym.

 

Zaproszenie do posługi

Po jakimś czasie mojej obecności w grupie, chyba już po tym, jak przeżyłam Seminarium Odnowy Życia w Duchu Świętym – o. Józek zapytał mnie, czy mogłabym przychodzić jako wolontariusz do posługi w wydawnictwie Ośrodka Odnowy. Pomyślałam sobie: „Przecież ja nic nie umiem, tyle lat siedziałam w domu z dziećmi! Nawet reszty nie umiem wydawać, to co ja tam będę robić?”. W końcu jednak doszłam do wniosku: „U Pana Boga nie ma rzeczy niemożliwych, więc nawet z tłumoka coś zrobi!”. I poszłam.

Posługę zaczęłam od układania książek na półkach. To były początki wydawnictwa i wydanych było dopiero kilka książek: „Jezus żyje”, „Jezus jest Mesjaszem”, „Jak ewangelizować ochrzczonych” oraz kilka kaset. Ludzie przychodzili, więc im te materiały ewangelizacyjne sprzedawałam. Najpierw posługiwałam raz w tygodniu, potem dwa, trzy razy. Czasami pakowałam paczki i szłam na pocztę z książkami do wysłania. Było ciężko, więc wyobrażałam sobie po drodze, jak Pan Jezus niósł swój krzyż.

W tym czasie ojciec zaczął już pisać swoje książki. Bardzo mi pomagały, ponieważ gdy zaczęłam się nawracać – księża, z którymi rozmawiałam, nie potrafili mi wyjaśnić, co się ze mną dzieje. A tu Pan Bóg przez te książki odpowiadał mi na moje pytania.

Dary i charyzmaty

Pamiętam, że ojciec miał taki dar, że gdy wchodził do wydawnictwa, to czasem prosił o rozpakowanie jakiejś paczki. A wtedy okazywało się, że były w niej książki włożone niezgodnie z zamówieniem. Ale nigdy się nie denerwował, tylko spokojnie prosił o poprawienie. I powtarzał: „Uczymy się robiąc”.

Ojciec często prowadził ewangelizacje wyjazdowe. Gdy wracał z takich kilkudniowych wyjazdów, przynosił nam do wydawnictwa cukierki, czekoladki, kwiaty, bombonierki – wszystko, co tam dostał. Ściskał nas na przywitanie jak tata i częstował. To były bardzo miłe momenty.

Dwa pokoiki naszego wydawnictwa były miejscem, gdzie ludzie czasem przychodzili do niego na rozmowy duchowe. Nieraz przeradzały się one w spowiedź. Wtedy razem z innymi osobami, które pracowały w wydawnictwie, szłyśmy do drugiego pomieszczenia i modliłyśmy się osłonowo. W ten sposób ojciec włączał nas w posługę duchową.

Raz widziałam go po jakiejś bardzo trudnej spowiedzi. Gdy wyszedł, to aż się przestraszyłam – wyglądał, jakby ktoś wszystkie soki z niego wyciągnął! I tak jakby oczami dał znać, żeby się za niego modlić… Zobaczyłam wtedy, że on też potrzebował od nas pomocy, a nie tylko ją nam dawał.

W wielu krytycznych sytuacjach miałam wrażenie, że ojciec się za mnie modli i mnie osłania. Miał wewnętrzne poznanie i często nie musiałam mu nic mówić, bo wiedział, o co się modlić. A sprawy rozwiązywały się same.

Kiedyś moja przyjaciółka z grupy modlitewnej zaczęła mocno chorować, w końcu zaczęła brać psychotropy. Gdy się o tym dowiedziałam, powiedziałam jej, że lepiej by poszła do spowiedzi. I obiecałam, że ją zabiorę do o. Józka. Pewnego dnia przyszłam do niej, wyciągnęłam ją z łóżka i przyprowadziłam na furtę. Nie miałam świadomości, że do spowiedzi u ojca były takie kolejki, że nie da się tak przyjść i wejść. Wtedy ojciec zszedł na furtę po kolejną osobę. Podeszłam do niego i opowiedziałam mu całą sytuację. Ojciec poprosił, żebyśmy zostały i poczekały. Siedziałyśmy 2 godziny, moja koleżanka była już na mnie wściekła. Wreszcie ojciec znowu wyszedł i mówi: „Idźcie do kościoła i tam poczekajcie”. Poszłyśmy. Tam akurat trwały rekolekcje. Minęła godzina jedna, druga, wreszcie ojciec przyszedł. Wyspowiadał moją przyjaciółkę. Wróciła do domu i okazało się, że żadne leki psychotropowe nie są jej już potrzebne!

Ojciec bardzo dbał o taką wzajemną odpowiedzialność za siebie w grupach Odnowy. Także o to, żebyśmy reagowali, gdy widzimy jakieś braki materialne u kogoś. Sam też wspomagał różnych ludzi finansowo i szukał im pracy.

Pomoc i wsparcie

W Ośrodku była osoba, która wyszła z bardzo dużej ciemności duchowej. Dla mnie to było niesamowite, gdy widziałam, ile ojciec robi, żeby ją uratować. Modlił się za nią, wprowadził ją do grupy, troszczył się o jej byt materialny. A patrząc po ludzku – wszystko od tej osoby odrzucało, nawet ludzie z grup omijali ją z daleka. Zrozumiałam, jak bardzo o. Józkowi zależy na zbawieniu każdego człowieka i że cała misja Ośrodka Odnowy właśnie temu była podporządkowana.  

Zdarzały się sytuacje, gdy ja w siebie nie wierzyłam, a ojciec mi mówił: „Możesz to zrobić. Za mało jeszcze wierzysz, że może się udać”. Nigdy mnie nie dołował, nawet gdy coś zrobiłam nie tak, jak powinnam – on zawsze podnosił mnie na duchu. Pracując przy nim czułam się, jakbym pracowała przy Jezusie, jakby On sam był obok mnie. Trwało to od 1995 r. do śmierci ojca w 2003 r.

Ewangelizacja i duchowa czujność

Często byłam świadkiem tego, jak bardzo potrafił się poświęcić. Nawet jeśli przyjechał z ewangelizacji z drugiego końca Polski o 2.00 czy 3.00 nad ranem – jeśli następnego dnia było Seminarium Eksternistyczne, stawał od rana w gotowości duchowej i cały dzień prowadził sesję dla seminarzystów (przyjeżdżających z całej Polski, a czasem także z zagranicy). Kiedyś zdarzyło się tak, że po nieprzespanej nocy miał Seminarium, a w następną noc – czuwanie przed Zesłaniem Ducha Świętego. A rano jako proboszcz odprawiał jeszcze Mszę św. w kościele.

Często tuż przed wyjazdami ewangelizacyjnymi zatrzymywany był na dziedzińcu, bo ktoś chciał się u niego wyspowiadać. Ojciec nigdy nie odmawiał, nawet gdy bardzo się spieszył. I Pan Bóg mu błogosławił, bo gdy razem z mężem podwoziliśmy go gdzieś na południe Polski (ojciec prowadził rekolekcje ignacjańskie dla różnych zgromadzeń zakonnych) – pomimo tych spowiedzi przedwyjazdowych dojeżdżaliśmy pod furtę klasztorną punktualnie co do minuty. Widać było, jak Duch Święty ojca prowadził.

Wspólnotowo…

Na zebrania pracowników Ośrodka ojciec zapraszał też stałych wolontariuszy. I gdy podejmował coś nowego – pytał o zdanie wszystkich, nawet tych, którzy nie zajmowali się sprawami wydawniczymi. Nikogo nie pomijał, szukał w ten sposób podpowiedzi Ducha Świętego.

Gdy o. Józek był na miejscu, odprawiał w ciągu dnia Mszę, na którą nas zapraszał w godzinach pracy. Ludzie dawali mu bardzo trudne intencje, więc czasem byłam zaskoczona, jak poważne sprawy były przedstawiane Panu Bogu. Było też kilka sytuacji, gdy rodzice prosili Boga o wybudzenie dziecka ze śpiączki. I pamiętam, że te chore osoby wybudzały się. Pewna pani prosiła ojca, żeby pomodlił się nad jej dzieckiem, które leży w śpiączce w szpitalu. Ojciec pomodlił się – okazało się, że dziecko zapadło w śpiączkę po przeczytaniu Harry’ego Pottera, a Bóg je wybudził! Do ojca ludzie przychodzili z bardzo różnymi problemami, takimi jak: bankructwo, choroby, grzechy, rozwody, bezrobocie. To była dla mnie taka Ewangelia na żywo – ludzie przychodzili do o. Józefa, żeby spotkać Jezusa.

Ale pomimo tych trudnych spraw, w których uczestniczył, ojciec był naprawdę radosnym człowiekiem. Umiał pożartować, lubił opowiadać dowcipy – po prostu miał radosne serce. Chyba nigdy nie widziałam go smutnego…

Zosia