MISJA I PROBLEMY „PRZY OKAZJI”

          Pamiętam kilka niezwykłych wydarzeń z życia o. Józefa Kozłowskiego SJ. Kiedyś zwierzył się nam, że gdy pisał książkę „Duch Święty w działaniu”, akurat odwiedzał swoich rodziców, więc pisał w swoim domu rodzinnym. Był wieczór, na biurku stała zapalona lampka, ojciec przysiadł sobie na chwilę na łóżku. A tu nagle zapaliła się poduszka, a po chwili łóżko stanęło w płomieniach! Zaznaczam, że nie mogło się to stać od lampki, bo ta nadal stała na biurku.

         Drugim taki przypadkiem działania złego i przeszkód, jakie miał ojciec w chodzeniu w Duchu, był atak konia w rodzinnym gospodarstwie. To był koń, który bardzo o. Józka lubił. W początkach swojego pisania ojciec czasem wyjeżdżał do domu rodzinnego, gdzie miał trochę spokoju do skupienia się nad książką. Kiedyś zaraz po przyjedzie poszedł do tego konia, żeby z nim też się przywitać. A ten nagle stanął dęba i zawisł przednimi kopytami nad głową o. Józka! Ojciec w duchu zobaczył, że ten koń chce go zabić, więc odskoczył i szybko stamtąd wyszedł.
          Takich sytuacji przy pisaniu książek miał więcej – jakby zły duch polował na niego „zza węgła”.

Pomoc w życiowych potrzebach

Ojciec czasem podsyłał mi osoby bezrobotne ze wspólnoty, żebym je zatrudnił w swoim zakładzie. Były to osoby np. pracujące na parkingu, które w mojej branży nic nie umiały. I dyrektorowi, który u mnie pracował, podsuwałem tych „zawodowych przedszkolaków”, których potem musiał wszystkiego uczyć. Jedni nie utrzymali się w tej pracy zbyt długo, bo np. podczas nocnej zmiany spali sobie w maszynie. Ale są i tacy, którzy pracują u mnie od wielu lat – a zaczęło się od rekomendacji ojca.

Misja i cele poboczne

           Ojciec nauczył mnie, że gdy człowiek ma do spełnienia jakąś misję, to nie obarcza się żadnymi zadaniami „przy okazji”. Jechałem kiedyś do Rzymu, do Jana Pawła II, aby poświęcił kamień węgielny pod budowę domu rekolekcyjnego w Porszewicach. A przy okazji podwoziłem mojego syna z jego kolegami, ponieważ jechali do Austrii na lodowiec. Całe towarzystwo w samochodzie zasnęło i tak chrapało, że uśpili nawet moją żonę, która nigdy nie śpi podczas podróży. Mnie też głowa opadła na chwilę i… wjechałem do rowu. Nic poważnego się nie stało, z rowu szybko wyjechałem, tylko zderzak mi odpadł. Nie wiem, jakim cudem wyszliśmy z tego cało, bo przecież nie jechałem czterdziestką, ale setką – to było na autostradzie. Widocznie musiało się to dziać w okamgnieniu, bo już wjeżdżając do rowu otworzyłem oczy i, operując kierownicą, jakoś z niego wyjechałem.
           W ten sposób przekonałem się o słuszności słów o. Józka, że gdy się ma jakąś misję, to nie ma co sobie dodatkowych zadań dokładać, bo można sobie narobić kłopotów. Gdy jest zadanie do wykonania – trzeba się skupić tylko na nim.

Janusz