Super Tata

Zawsze mnie zaskakiwało, jak bardzo Ojciec dla każdego był dostępny. Po zakończeniu Mszy św. w intencji uzdrowienia, ok. 22.00 wychodził na dziedziniec i witał się z tymi, którzy jeszcze zostali. Jednemu uścisnął dłoń, drugiemu popatrzył w oczy i zadał jakieś poważne pytanie, trzeciego objął "niedźwiedziem". Wielu nie mogło uwierzyć, że ten żartujący z ludźmi kapłan to ten sam, który przed chwilą posługiwał darem poznania wobec pięciu tysięcy wiernych. Czasem, stojąc tuż obok, nieśmiało pytali, czy nie wiemy, jak mogliby się dostać do o. Kozłowskiego na rozmowę lub do spowiedzi. I byli zaskoczeni, kiedy kierowaliśmy ich dwa metry dalej... Po takiej Mszy św. Ojciec przyjmował kolejne osoby na rozmowę, często do północy, we wtorek od rana był ciąg dalszy dla tych, którzy mogli zostać na noc w Łodzi. Zabawne było patrzeć, jak  zaskoczeni spotkaniem znanego im z książek jezuity ludzie okazywali mu w pierwszym momencie onieśmieloną czołobitność, a spotykali się z jego normalnością i poczuciem humoru. Ta niespodzianka naprowadzała ich z czasem, po kolejnych spowiedziach, do odkrycia, że skoro on jest tak otwarty i ciepły, to i jego Pan Bóg powinien być równie kochający. A z czasem przekonywali się już osobiście, że On kocha ich nieporównywalnie mocniej! i Ojciec miał ciepłe i mocne dłonie, takie "tatusiowate" (z powodu jego ojcowskiego stosunku do ludzi nazywaliśmy go żartobliwie Padre, Pater, Tatuś). Wiele osób pamięta je z modlitwy wstawienniczej, kiedy Ojciec modlił się nad nimi. Takie ręce budzą poczucie bezpieczeństwa. Osoby starsze próbowały je czasem ucałować z szacunku dla faktu, że to właśnie one podawały im Chrystusa. Padre wykręcał się jak mógł, żeby nie zrobić im przykrości, ale przeważnie mu się udawało. Dla wszystkich jego znakiem rozpoznawczym były uśmiechnięte oczy i... malownicza przerwa między zębami. Podczas Czuwania Grup Odnowy na Jasnej Górze w 2002 r. spotkał się z s. Briege McKenna. Kto widział ją na zdjęciu, ten wie, że w kategorii rozpiętości przerwy pomiędzy górnymi jedynkami bije rywali na głowę. Siostra Briege na widok Ojca roześmiała się radośnie i zawołała: "O, wreszcie ktoś, kto ma takie same zęby jak ja! I co, też plujesz przy śpiewaniu?" Zaskoczony Ojciec wybuchnął śmiechem. Ale i tak przegrał w tej konkurencji - nie pluł. Choć nie wyglądał na zmartwionego.  Podczas rekolekcji ignacjańskich (które Ojciec w 1994 r. przeniósł do Wolborza), momentem największych jego  zmagań były spowiedzi. Często trwały one do późnych godzin nocnych. Na jego liście znajdowało się w każdym tygodniu Ćwiczeń ok. 80 osób, tylko członkowie łódzkich grup Odnowy z miłosierdzia wpisywali się do innych spowiedników. Spowiedzi zaczynały się od połowy każdego tygodnia i moment ten można było poznać po tym, że odtąd Ojciec wpadał w porze posiłków do stołówki na 5 minut, połykał pospiesznie obiad i wracał szybkim krokiem do pokoju, pod którego drzwiami zbierali się już następni penitenci. Pod koniec tygodnia wyglądał "jak pies Pluto" - tak mówił żartem o swoim zmęczeniu. To wielogodzinne spowiadanie (w tym kilka spowiedzi generalnych), nie mogło spłynąć po nim bez śladu. Pytaliśmy go czasem, jak wytrzymuje. Odpowiadał, że w trakcie modli się i pyta  Ducha Świętego, jak pomóc temu człowiekowi, gdzie jest korzeń jego grzechu itp. I na szczęście zapomina grzechy zaraz po ich usłyszeniu. Do kierownictwa duchowego w Wolborzu Ojciec zapraszał swoich młodszych współbraci - kleryków, diakonów, młodych jezuitów, ale także osoby świeckie. Lubił się z nimi dzielić tym, czego sam się nauczył, słuchając wcześniej tysięcy ludzi. Podczas codziennych spotkań w gronie kierowników podsuwaliśmy mu anonimowe casusy, kt&oa#ute;re on niezwykle twórczo wyjaśniał. To był czas szczególnego czerpania z jego doświadczenia. Zaskakiwał nas jego ogromny szacunek wobec człowieka i tego, że pewne rzeczy dzieją się w przewidzianym przez Boga czasie, więc niczego nie można wymusić. A jednocześnie był radykalny i jakoś umiał łączyć jedno z drugim. W ostatnim dniu rekolekcji, niezależnie od  zmęczenia, Padre promieniał. Na zakończenie Mszy św. słuchał świadectw tego, co Bóg sprawił w sercach uczestników, i ciągle przedłużał czas na nie przeznaczony (zawsze spóźnialiśmy się wtedy na obiad). Cieszył się jak syn słuchający opowieści innych dzieci o swoim Tacie. A potem długo dziękował wszystkim, którzy z nim współpracowali: współbraciom w kapłaństwie, siostrom zakonnym, kierownikom świeckim. Po obiedzie szedł z delegacją do kuchni i dziękując kucharkom za ich wysiłek, wręczał ewangelizacyjne prezenty: płyty "Mocnych w Duchu", kasety, książki. Uczył nas wdzięczności do tych, których praca powinna zostać doceniona. W jednodniowych przerwach pomiędzy kolejnymi tygodniami Ćwiczeń wyjeżdżał do zaprzyjaźnionych ludzi z Odnowy na działki, z kilkunastoosobową grupką uczestników i  członków zespołu "Mocni w Duchu". W dżinsach i podkoszulku wyglądał z nimi jak tata wielodzietnej rodziny... Pływał, grał w piłkę, grillował, opowiadał dowcipy i odreagowywał ciężar rekolekcyjnych dni. Padre był zresztą zawsze bardzo aktywny, nawet w Wolborzu wstawał czasem bladym świtem i ubrany w dres szedł biegać wokół stawu (inny kierownik duchowy, ks. Robert, podpatrzył kiedyś te zmagania z formą i uwiecznił w cyklu zdjęć zatytułowanych "Ćwiczenia nie tylko duchowne"). i Padre zawsze bardzo przeżywał organizację Forum. W ewangelizacji posługiwał się nowymi środkami przekazu, dokumentował wydarzenia na filmach, utrwalał na taśmie dźwiękowej i zapraszał do współpracy fotografów. Troszczył się o każdego człowieka, np. podczas ostatniego Forum wypożyczył telebimy, żeby ze wszystkich części kościoła uczestnicy mogli mieć dobry widok. Pamiętał także o rzeczach przyziemnych - o wynajęciu odpowiedniej liczby przewoźnych toalet, ż eby ludzie nie musieli stać zbyt długo w kolejkach. W nawale spraw organizacyjnych rzucał wszystko i wyjeżdżał po głównych mówców na Okęcie wraz z "sekcją witającą", przywoził ich do hotelu, sprawdzał czy dano im dobry pokój, pomagał dźwigać ciężkie bagaże. i Telefony były nieodłącznym cieniem o. Józefa. Gdziekolwiek się pojawiał, za kilka minut dzwoniła jego komórka. Powtarzało się to praktycznie przez całą dobę, wyłączał ją chyba tylko na czas Mszy i spowiedzi. Czasami zżymaliśmy się na Ojca, gdy podczas zebrań w Ośrodku dwanaście osób siedziało wokół okrągłego stołu, w milczeniu czekając na jego kolejny powrót, bo znów ktoś zadzwonił - często z odległych miast Polski, z Niemiec lub nawet Japonii i Kanady. Ojciec odchodził na bok, długo słuchał, czasem modlił się i udzielał błogosławieństwa. Z niektórymi umawiał się na rozmowę w Łodzi. Zaskakiwał nas rozrzut spraw, z jakimi ludzie się do niego zwracali - od kwestii duchowych po problemy z rozeznaniem powołania, dramaty uzależnień, tragedie rodzinne i kłopoty natury prawnej. Ponieważ podczas nieobecności Ojca w Łodzi dzwoniono do nas, w wielu sprawach usiłowaliśmy pomóc sami, chcąc go odciążyć. Choć same telefony musiały zabierać mu codziennie wiele czasu, Ojciec nigdy nie prosił o niepodawanie swojego numeru. To był heroizm, ponieważ z roku na rok dzwoniących przybywało. Ci, którym pomógł, kierowali do niego następnych, a ojciec Kozłowski stał się powszechnym "kołem ratunkowym". To, czy jest w Łodzi, można było poznać po kolejce na f urcie domu zakonnego. Zawsze czekało tam kilka osób, niektórzy umówieni, inni zupełnie bez zapowiedzi, bo akurat przyjechali z innego miasta lub z zagranicy, więc nie znając realiów życia Ojca - spontanicznie podjechali, licząc na spotkanie. Ojciec tych "zamiejscowych" nigdy nie odsyłał, a gdy nie miał czasu - po prostu opuszczał obiad lub opóźniał swój wyjazd na kolejne misje ewangelizacyjne. i Ta dostępność Ojca była tak mocno w niego wpisana, że znalazła swój wyraz nawet podczas uroczystości pogrzebowych. W poniedziałkowy wieczór i noc, gdy czuwaliśmy przy nim w kościele, korowód wiernych dwójkami podchodził do trumny. Zapłakani ludzie klękali przy niej, kładli na niej dłoń, modlili się przez chwilę i odchodzili. Niektórzy całowali jej drewniany bok. Podejść mógł każdy, podobnie i następnego dnia, nawet podczas Eucharystii, ponieważ wiernych było 4 tysiące, a tylko kilka godzin czasu. Ojciec Józef dostępny jak za życia, nic się nie zmienił... Gdy przyglądałam się jego trumnie, uderzył mnie jeszcze jeden fakt. Ojciec zawsze zajmował się tyloma sprawami, że tworzył wokół siebie twórczy nieład. Gdy siadał w Ośrodku przy stole, wokół niego piętrzy ł się stosik korespondencji, kalendarz z powkładanymi ważnymi kartkami (upakowany nimi wyglądał jak mały akordeon), komórka, długopis, notatki. Patrząc na trumnę, zobaczyłam, że i tu nic się nie zmieniło - oprócz krzyża i ułożonej na nim pięknej wiązanki, były jeszcze dwie pąsowe róże leżące wzdłuż brzegów, przewieszona stuła, na niej Pismo Święte, kielich i patena. Ten natłok przedmiotów nieodparcie przywodził na myśl biurko Ojca. Rzeczywiście, Padre nic się nie zmienił... i Strumień ciemnych sutann i habitów zakonnych otaczał trumnę na cmentarzu - to współbracia i siostry, którym Ojciec prowadził rekolekcje. Otaczał ich kilkutysięczny tłum świeckich: dawni i obecni członkowie naszych grup, rekolektanci, przyjaciele Ojca z innych miast, Polonia zagraniczna. Ale to nie ich obecność mnie najbardziej poruszyła. Na końcu tłumu, zajmującego całą główną aleję, stali znani mi z naszej parafii chorzy psychicznie, żebracy, naciągacze. Widać o ni też kochali Ojca i przyszli go pożegnać... Półmetrowej grubości warstwa kwiatów całkowicie pokryła grobowiec jezuitów. Na wstędze upiętej do wielkiego wieńca w kształcie serca, było napisane: Nie ma większej miłości, niż gdy ktoś życie swoje oddaje za przyjaciół swoich...

Autor: Anna Lasoń-Zygadlewicz
Fotografie: J. Rachowski